Większość wezwań jest podobna do siebie: awaria, przyjazd, załadunek, transport. Sprawnie, bez komplikacji. Ale co jakiś czas zdarza się coś, co zostaje w pamięci na dłużej.
Jeden z naszych kierowców wspomina zimowe wezwanie — środek nocy, pusta droga między Pelplinem a Starogardem, rodzina z trójką małych dzieci i zepsuta Astra. Dzieci płakały, rodzice bezradni na mrozie. Dotarł w 22 minuty. Twierdzi, że najbardziej zapamiętał herbatę z termosu, którą wdzięczna mama mu wcisnęła po rozładunku.
Inna historia: wywrócony TIR na A1 w ulewnym deszczu. Policja, GDDKiA, dziennikarze na poboczu. Cztery godziny pracy, dwa holowniki, cierpliwość i milimetry precyzji przy wyprostowywaniu zestawu. Kierowca TIR siedział potem w naszej kabinie i mówił że myślał iż zostanie tam do rana. Skończyliśmy przed 6 rano.
I ta sprzed roku: wypadek na wiejskiej drodze, auto w rowie, kierowca bez obrażeń — ale w bagażniku zamknięty pies, który nie mógł się wydostać. Najpierw otworzyliśmy bagażnik, wypuściliśmy psa. Potem auto. Kierowca powiedział że dobrze trafił.
Pomoc drogowa to taki zawód, w którym człowiek widzi ludzi w naprawdę trudnych momentach. Po 17 latach nie straciliśmy do tego szacunku.